O kształceniu lekarzy, standardach medycyny estetycznej i bezpieczeństwie pacjentów mówi doktor Krzysztof Wachal, Dyrektor Centrum Medycyny Estetycznej WSPiA im. Mieszka I w Poznaniu

W dziedzinie estetyki medycznej panuje spora dowolność jeśli chodzi o wiedzę i umiejętności. Jak wygląda kształcenie kosmetologów i lekarzy w tym zakresie?
Trudno mi wypowiadać się o kształceniu kosmetologów, ponieważ w nim nie uczestniczę. Na naszej uczelni są trzyletnie studia kosmetologiczne, ale ja nie prowadzę na nich zajęć. Generalnie uważam, że kosmetolodzy nie mają prawa do wykonywania zabiegów związanych z naruszaniem powłok ciała. Niedopuszczalne jest stosowanie przez nich preparatów zarejestrowanych jako leki oraz preparatów do głębokich iniekcji.
Jeśli chodzi o lekarzy, to uważam, że medycyna estetyczna powinna być umiejętnością lekarską, uzyskiwaną na podstawie studiów podyplomowych, które muszą trwać minimum dwa lata (jak to określają wymogi ministerstwa) i kończyć się jednolitym egzaminem testowym. Nie jestem zwolennikiem robienia z medycyny estetycznej kolejnej specjalizacji. Uważam, że takie rozwiązanie prowadziłoby do reglamentacji dostępu do tej dziedziny dla młodych lekarzy.

Studiów w tym zakresie jest sporo. Pytanie, czy są one prowadzone na tym samym poziomie?
Studia muszą mieć jednolitą podstawę dydaktyczną, zgodną z wytycznymi ministerstwa, odpowiadającą jednocześnie najnowszym trendom dla tego kierunku. Nad doskonaleniem takiej podstawy dydaktycznej pracujemy cały czas z wykładowcami na naszej uczelni.
Uważam, że muszą zostać opracowane ścisłe standardy wykonywania najpopularniejszych zabiegów, korygowane okresowo przez panele ekspertów pracujących w ramach Towarzystwa Naukowego, które powinno gromadzić nie tylko lekarzy medycyny estetycznej i dermatologów, ale również chirurgów plastycznych oraz inne specjalizacje, w obrębie których wykonuje się zabiegi z zakresu medycyny estetycznej.

Dzisiaj praktycznie każdy lekarz medycyny estetycznej ma swoją „szkołę” – samodzielnie decyduje jaki zabieg dobrać do problemu pacjenta, jakim preparatem i techniką go wykonać. Czy ta „metoda intuicyjna” nie rodzi zagrożeń?
Dzisiejsza najpowszechniejsza „szkoła medycyny estetycznej” to zlepek różnorodnych, niekompatybilnych ze sobą kursów, organizowanych przez dystrybutorów preparatów. Na różnym poziomie teoretycznym i praktycznym, często w oparciu o wytyczne służące jak najlepszej sprzedaży preparatu.
Z punktu widzenia prawnego takie szkolenia mają walor jedynie w zakresie BHP. Nie dają uprawnień do wykonywania jakichkolwiek zabiegów w zakresie medycyny estetycznej. W Polsce prawo do prowadzenia takich szkoleń mają jedynie wyższe uczelnie, lekarskie towarzystwa naukowe i jednostki wyznaczone przez Ministerstwo Zdrowia. Żadne inne podmioty nie mają prawa prowadzić takich szkoleń. Wystawione przez nie certyfikaty lub dyplomy prawnie nie mają żadnej wartości.

Czego brakuje w przypadku takich szkoleń?
Szkolenie personelu medycznego musi być związane z przestrzeganiem określonych standardów. Te standardy to nie tylko wytyczne w jaki sposób wykonać poszczególne zabiegi, ale również ochrona lekarza na sali sądowej przed oskarżeniem o nieprawidłowe przeprowadzenie terapii. Świat medycyny bez standardów to świat chaosu. Efekt każdego zabiegu może zostać skrytykowany, często odbija się to nie tylko w relacjach pacjent-lekarz, ale również w relacjach miedzy lekarzami. Pokłosiem tego typu konfliktów są liczne ataki na środowisko w mediach społecznościowych, które swój finał niejednokrotnie znajdują na salach sądowych.

Studia medycyna estetyczna

Może estetyka medyczna, to po prostu nie jest medycyna?
Osobiście, jako lekarz, coraz mniej w medycynie estetycznej widzę rzetelnej pracy lekarskiej: prawidłowego zbierania wywiadu, starannego badania fizykalnego, postępowania zgodnego z doświadczeniem i zdrowym rozsądkiem. Większość, szczególnie młodszych kolegów, opiera swoje praktyki na marketingu internetowym i faszerowaniu swoich ofert dziesiątkami różnorodnych zabiegów, w których tak naprawdę nie mają żadnego doświadczenia.
Uważam, że medycyna estetyczna staje się tak szeroką dziedziną, że już wkrótce będzie wymagała większej specjalizacji, np. w zakresie technik laserowych, wolumetrycznych, czy technik regeneracyjnych. Postęp medycyny jest tak szybki, a koszty szkolenia i sprzętu tak duże, że trudno wyobrazić sobie osoby wykonujące wszystkie możliwe zabiegi, stale wymieniające sprzęt na ten najnowocześniejszy.
Widać to już dzisiaj, bo obok gabinetów medycyny estetycznej tzw. pierwszego kontaktu - oferujących podstawowe zabiegi, funkcjonują również wyspecjalizowane kliniki wykonujące bardzo zawansowane i trudne procedury. Środowisko lekarskie musi zrozumieć, że na tym rynku jest miejsce dla wszystkich i czasami niepotrzebna jest mordercza konkurencja na styku specjalizacji. Jak choćby pomiędzy dermatologią i medycyną estetyczną.

Czy częste stwierdzenia lekarzy: „uczestniczył w licznych szkoleniach i kongresach” są podstawą do ufania ich kompetencjom?
Na pewno ukończenie studiów podyplomowych, które daje całościowe spojrzenie na zakres zabiegów wykonywanych w obrębie medycyny estetycznej, nie kończy ścieżki edukacyjnej ich absolwentów. Postęp technologiczny w medycynie estetycznej jest większy niż w jakiejkolwiek innej dziedzinie medycyny. Najbardziej jest to zauważalne w technikach z wykorzystaniem komórek macierzystych i terapiach regeneracyjnych. Na tym polu najnowsze osiągnięcia biotechnologii praktycznie wprost z laboratoriów są wdrażane do praktyki lekarskiej.
Oczywiście trzeba być tu ostrożnym, by nie dać uwieść się marketingowej propagandzie „rewelacyjnej metody”. Ale faktem jest, że by dokładnie zrozumieć mechanizm stosowanej technologii trzeba posiadać gruntowną wiedzę z immunologii, genetyki i biologii komórkowej. Jeśli ktoś skończył studia przed 10. laty może nie mieć o tym pojęcia. Tę wiedzę trzeba uzupełniać na kongresach. Oczywiście muszą być one przygotowane na wysokim poziomie merytorycznym. Nie w oparciu o marketingowe prezentacje, ale wystąpienia niezależnych ekspertów, którzy oceniają wartość zastosowanej technologii na podstawie niezależnych badań. 

Jak zmiany w prawodawstwie, dotyczące m.in. stosowania wyrobów medycznych, wpłyną na porządkowanie rynku zabiegowego i wzrost bezpieczeństwa wykonywania zabiegów?
Na te zmiany czekamy od dawna, bo wpłyną one na zwiększenie bezpieczeństwa pacjentów. Ograniczą import preparatów z nieznanych źródeł i dostęp osób nieuprawnionych.
Chciałbym tu zwrócić uwagę na pewien aspekt prawny o którym rzadko się mówi. Jeśli podawany preparat ma oficjalną rejestrację, to wystąpienie poważanego działania ubocznego, za jakie uważa się defekt estetyczny, zobowiązuje lekarza, by takie zdarzenie zgłosić do Prezesa Urzędu Rejestracji Leków i Środków Medycznych. W ten sposób rośnie wiedza o liczbie działań niepożądanych. Dzisiaj nikt tych incydentów nie zgłasza. Wiedza o powikłaniach czerpana jest głównie z doniesień medialnych i internetu. Powoduje to, że istnieje ogólne przeświadczenie o bezpiecznym stosowaniu preparatów estetycznych.
Oficjalna rejestracja to nie tylko legalny obrót, ale również określenie przeznaczenia i zakresu terapeutycznego danych środków. I tutaj wracamy do standardów postępowania. Jeśli znalazłyby się one w informacjach rejestracyjnych, każde odstępstwo od tych wytycznych trzeba by uznać za postępowanie „off label”. Ale dziś na rynku usług estetycznych brak jednoznacznie określonych standardów terapeutycznych. Dlatego trzeba regularnie organizować kongresy i konferencje, które mają za zadanie określanie choćby zarysu aktualnych standardów obowiązujących przy wykonywaniu najczęstszych procedur. Musimy systematycznie podejmować takie działania, by wpływać na spójność i bezpieczeństwo medycyny estetycznej.

Źródło: UiM 25

Dr K. Wachal

Dr n. med. Krzysztof Wachal - specjalista chirurgii ogólnej i naczyniowej, lekarz medycyny estetycznej, Kierownik Studiów Podyplomowych Medycyna Estetyczna w Wyższej Szkole Pedagogiki i Administracji w Poznaniu.

Facebook

banner DMK

MRT baner ZM

bella 300x250

 

Zatrzymaj Mlodosc TV

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE

Baner